Nie wiem jak to się dzieje, że tydzień mija z prędkością światła.
Mój to chyba nawet szybciej niż niejeden odrzutowiec.
Choć staram się łapać go w cugi... ucieka
Drań, czasomierz... drań.
Mam niedomiar czasu, mam nadmiar niedoczasu.
A tu śnieg, a pąki na drzewach.
i zbitka myśli i słów... od czego zacząć?
Weekendy są nasze. Nie całe bo soboty mam pracownicze zazwyczaj.
Niedziele staramy przeciągnąć do środy, ale ni jak to wychodzi bo kończą się w niedzielę.
Jednak są błogostany posiadywania na blatach kuchennych, co Mimi wychodzi nad wyraz dobrze:) i tosty z kećapem- jak mówi:)
Dwa tygodnie temu to chyba było, no bo chyba nie dalej, jak Mimi dostała nowe wyrko.
Bidula w biegu nocnych maratonów waliła girkami po szczeblach. Koniec i basta, czas na "dorosłe" łóżeczko.
Mądre to łóżeczko bo rośnie wraz z dziecięciem:)
O IKEA'O :)
Choć przyszło nam czekać na owe łoże, bo jak się okazało, produkt chodliwy.
Ale udało się i nabyte zostało, dowiezione i rozłożone na części pierwsze:)
Więc q ogromnej uciesze Mimi, klucze i śrubokręty poszły w ruch!
A ona tak kocha narzędziować:)
Po mamie:)
Potem pod młotek poszła moja pracownia, którą to stale udoskonalam, i szukam miejsc wszelakich na swe wszystkie ważnocuda.
Wymyśliłam półkę. Ściana idealna. A pólka niezbędna bo mi blat potrzebny od zaraz na przepastne projektowania.
Cztery dziury, i wisi:) I oby nie spadła.
Przestrzeń jest, można pracować:)
Więc wieczorami zasiadam do swego długiego biurko-stołu i kreślę.
A co do kulinariów...
Zarażona ostatnio Tartami i Pesto, cudaczę:)
I całkiem zacnie mi to wychodzi, muszę przyznać.
Jak to moja przyjaciółka stwierdziła, mój blog stał się bardziej kulinarny ostatnimi czasy.
Ale to wszystko przez to że szybciej coś upichcę niźli poszyję czy wymaluję.
No taka prawda.
Powroty do domy z pracy zakrawają o żywą kpinę, bo bywa że jadę prawie 2h... więc o 18 nie ma co zasiadać do szyciowej machiny tylko w tango z dziecięciem, bo wytęskniona jestem za Nią strasznie.
A że mamy ciągle porządkowanie w szafach, i odkrywamy skarby wszelakie rodem z innych planet, znalazłam też sztuczne futerko a-la długi ogon:)
No i Mimi zapragnęła kotkiem być, więc co mi przyszło zrobić? Uciąć mini ogonek, doczepić do portek, i taki sam tyle że dłuższy zrobić sobie. No bo Mimi kazali;)
Innego dnia, gdy wolne miałam, pojechałam na zaqpki spożywczo-chemiczne i naszła mnie ochota na bezy.
Śnieg sypał jak oszalały.
Się obudziły Aniołki i nabrały ochoty na zabawę poduszkami, i pierze z Nieba się posypało w ilościach hurtowych:)
A że bezy tak jak śnieg wyglądają, mrugnęły do mnie okiem i zawołały "weź nas do domu sztuk 6!".
No więc pani mi je ładnie zapakowała uśmiechając się szczerze.
Brak ozdób świątecznych skłania mnie q wiosennym podrygom, ale nie wtedy.
Zachciało mi się ciepłej herbaty, magicznego czasu i bezy:)
I te bezy pięknie wpasowały mi się w krajobraz puszku za oknem...
A z ostatnich mniej słodkich nowin to w bajeczny sposób zalało mi kuchnie.
Mimi została ze mną w domku w ostatni wtorko-środ, bo jakaś taka pociągająca była i kaszląca więc postanowiłam podqrować ją po domowemu.
Ciepłe gatki i skarpety,dresik i bluza, herbaty z malinami, owoce i rosoły...i kosze witamin.
W tych czasach gdy były pląsy i dzikie szukanie lwów, nie usłyszałam trajkotu jękowego swej pralki.
Więc nieświadoma rzeki w kuchni, oniemiałam, widząc własne bajoro.
Szmaty, ścierki i hektokilometry ręczników papierowych i Mimi na plecach moich uwieszona, gdy ja ratuję naszą krwawicę:) kląc w myślach, że co niby *&^#@*^# jeszcze?
A w piątek planowany wyjazd do rodzinnego domu, bo 60'ka się teściowej szykuje a ja w ciemnej d...
No nic, jest czwartek, walizki czekają na zapakowanie.
My całą trójką mieścimy się w jedną walizkę na luzie.
Do 1 w nocy walczymy z M w kuchni, rozkręcając prawie cała kuchenną zabudowę, bo kable i rurki wszelakie prawidłowo są pochowane, bo mało że nieładne to nie nieładne wcale.
Ja włażę w szafkę kargo 40cm szer, czuję się jak górnik. Nic nie widzę, sciana na wprost,jaj telefon w łapie bo ma latarkę.
Latarka normalna też była, do momentu gdy M nie chciał zmienić w niej baterii, i cała latarka rozwaliła się na części pierwsze, strzelając małą żarówką prosto w czoło M.
Sceny u nas rodem z Bajki "Sąsiedzi"
Więc my jak ten Pat i Mat, obmyślamy dalsze części poczynań.
Fachowiec.. potrzebny pralkomistrz:)
Dnia następnego porankiem w sumie, telefon wykonany. Będzie koło południa.
Pięknie:) Jak zwykle pięknie:) bo po mojej pracy mieliśmy prosto do Mam jechać.
Pralkomistrz daje diagnozę. Panie-pekła Panu guma!
No i wszystko jasne... guma..ah... guma:)
Cudnie:)
Trzeba zamówić nową.
Czas oczekiwania, minimum tydzień.
Bosko... rozpływam się w tej fascynującej nowinie.
Co robię? Rozmawiam z moją macią, co słyszę? Pakuj kochana te ubrania, wypierzemy.
Co robię? Pakuję kolejną walizkę.
Moje logistyczne zaplecze umysłowe sprawdza się w boski sposób przy pakowaniu do walizek.
U Mamci wyszło 7 pralek....
Kosmos...
Dziś dygałam z kolejną miską prania do mojej koleciółki po sąsiedzku.
Madalenka mieszka w bloku obok.
Czasem latem czujemy się jak dzieci z Bulerbyn, bo okno w okno... tylko sznurka i koszyczka na nim nam brak.
Idę nocą z pełną michą. Proszek płyn. Martinii za serce i pralkę:)
Madalenka pyta po co ta flaszeczka? że chyba eeee.... mówię Jej z uśmiechem "kochana, na jednym praniu to się nie skończy:)"... no i wszystko jasne....
Już się suszy.
Całuchny moje Drogie i moi drodzy nowi czytacze:*
Dobrego tygodnia bez podlań:)