Trzeszczą mi wszystkie kości jak w starym czołgu.
Szukam plusów w byciu chorą. Mam:) cały dzień bycia w piżamie, hektolitry piej herbaty i możność wyglądania okropnie.
Jednak gdy mąż który ma naprawdę bardzo wysoką tolerancję oglądania mnie w wydaniu "okropnym", mówi ,że wyglądam jak kupa nieszczęścia, to znaczy się że osiągnęłam szczyt formy:)
Wczoraj z gilami po kolana totalnie połamana leżąc pod kocem chlipałam łzami krokodylimi do woli.
Mąż się pyta troskliwie, czy coś się stało, czy coś mnie boli, czy jakoś pomóc może... a ja mam w sobie ból egzystowania chyba jakiś.
Musiałam pochlipać, stwierdzając jednakowoż ,że ułatwia mi to oddychanie, i przynosi sercu ulgę.
Zwalam to na klimę w pracy i ogólne zużycie materiału.
Zwalam to na durny tyrański koncept mojego życia, że wszystko musi być na tip-top.
Zwalam to na pogodę na brak konwalii za oknem i na nadmiar mrozu.
Zwalam to na bzdurny perfekcjonizm który mam w sobie tak zakorzeniony jak korzeń mojej ósemki.
Poszukiwania kolorów wnętrzarskich...
Ja chlipię Mimi też zaczyna więc się ogarniam szybciuchno, by nie sprawiać przykrości bezpodstawnej mojej Ociupinie.
Przytula mnie mocno i mówi całując mnie w policzek, "już lepiej? Tak? nie płacz Mamuniu". A mi jak na złość z tego rozczulenia lecą wodospady łez.
I choć wiem, że płakać nie powinnam, przynosi mi to dziwną ulgę.
Pamiętam jak na studiach po pierwszej sesji gdzie miałam 21 przedmiotów, i nocami się nie spało by makiety były na cug, by projekt był wylizany a prace z rysunku czy malarstwa nie dawały wiele do rzeczenia, pojechałam na należne mi wakacje do mojego rodzinnego domu.
A tu moje różowości na poprawę nastroju przy kawie i ciachu.
Wyć w zasadzie, jak wilk do księżyca, skomleć jak małe szczenię nie mogąc w żaden sposób się powstrzymać.
Moja Mama wtedy mnie mocno przytuliła i powiedziała,"płacz kochana, płacz... To emocje, to przez ten cały ciężki rok, to przez wysiłek i serce które włożyłaś w swoje studia. Taka średnia o nagroda za ten wysiłek. Płacz, to przynosi zawsze ulgę..." Więc płakałam... a potem dla odreagowania zdemontowałam cały regał IKEOWSKI IVAROWSKI w moim poddaszowym pokoju i pomalowałam ściany na indyjski róż. Mieszając białą emulsyjną z różnymi pigmentami, walczyłam tak do 5 rano, przykręciłam regał, poustawiałam ponownie wszystkie książki i poszłam spać.
Rano a może nawet koło południa, przyszła moja Mama by sprawdzić czy żyję. Nie miała bladego pojęcia co poczyniałam wieczorem. Więc jej oczy wielkości spodków mówiły same za siebie.
Uśmiechnęła się tylko i zapytała, czy już jest mi lepiej. Odpowiedziałam ,że o całe niebo....
Musiałam się najwidoczniej wyżyć:)
Wracając do mojego potwornego wyglądu, gdzie skóra przypomina łuski, cienie pod oczami są większe od policzków, a nos z którego też złazi skóra od ciągłego go wycierania wygląda jak nos panów spod budy z piwem, i patrząc na moje kłaki, które koloru nie mają, i jakieś takie eeeee są, postanowiłam dziś coś z tym zrobić.
Wychechłałam z szafki farbę do włosów zakupioną już jakiś czas temu, i patrząc na swe blade lico z brakiem łuku brwiowego postanowiłam też je podrasować.
A że mój samokrytycyzm i choleryczne podejście do siebie jak i ogromna doza doliny powodują że potrafię zdzierać łacha z siebie samej bezkompromisowo... sporządziłam maź z henny i zaglądając do szkiełka z tą zawartością uznałam, że jest dziwnie zielona...
W archiwum muzycznej wyobraźni ujrzałam niejaką Marikę? Martiszę? Czy jak jej tam było... co to pląsała w rytmach których nie dzierżę, w plastikach jakiś i miała zielone brwi...
No tak ... do wizerunku jej było mi znacznie bliżej niż do wyglądu Sarah Mclachlan. Teraz też ciekawa byłam jaki kolor osiągną moje włosy, bo ponoć samopoczucie jak fazy księżyca mogą na to mieć wieli wpływ.
Ale ,że na księżyc to ja raczej wpływu nie mam, jak na swoje samopoczucie na przykład, postanowiłam nie dramatyzować.
Blondu obiecanego nie mam, jakaś rudość to chyba, ale przynajmniej jednolita.
Brwi o dziwo zielone nie wyszły, a w sumie szkoda, mąż by się pośmiał:)
No więc tak siedzę w wyrku, piszę do Was, oglądam gazety wnętrzarskie szukając różności dla klientki, i odpisuję na kosmetyczne MUST HAVE.
Moje są teraz bardzo ograniczone... daję odpocząć skórze;)
A gdy jestem w dobrej formie, mam co rano to.... choć tu pokazuję mega ograniczoną ilość:D
A do zabawy zaprosiła mnie Magdula z Tworzymy Inaczej
A ja zapraszam....
Mikę z http://domeknakurzejstpce-monika.blogspot.com/
Mimi z Bo MimiBlog
Justynkę z Ystinowo
Elisse z http://utkanezmarzen.blogspot.com/
i... Ikę z http://wedrowaniemoniki.blogspot.com/
Miłej zabawy:*
Pozdrawiam Wszystkich Starych jak i Nowych podczytywaczy:*








bycie chorą wcale nie musi być nudne i smutne;)
OdpowiedzUsuń na zawszepozdrawiam!
m.
Wracaj do zdrówka :))))))))))))) i nie eksperymentuj zbyt wiele , zielone brwi to jeszcze nie tragedia , gorzej jak ich nie ma wcale :))))), taką zabawna historię mam za sobą pierwsze robienie brwi z koleżanką postanowiłyśmy linie wyrównać sobie maszynką elektryczną taty buuuuuuu nie zostało nam nic :)))))))))))))))))))))))))))))) tylko strupy :) a do szkoły trzeba było chodzić , następna historia tyczy sie włosów po pozbyciu się włosów do pasa (meczyły mnie już okropnie ) , a udało obciąć się je tylko pod nieobecność mamy ( pani fryzjerka pytała ze 100 razy czy mama w końcu powozliła )ogoliłam się prawie że na zapałkę :))) koleżanka tez tak chciała obciełam ją nie posiadając maszynki za to w wyposażeniu kuchennym miałam nożyczki do cięcia kurczak powycinałam jej różnego kształtu i wielkości koła czy cos w tym rodzaju , włosy na żel żeby jakos to co zostało rozłożyć na gołe placki , a potem płakałyśmy ze śmiechu :)))))))) koleżanka już nigdy nie dałam mi się obciąć , ale do dzis nosi krótkie włosy :))))))))))) buzioleeeeeeeeee
OdpowiedzUsuń na zawszeO panie, jak pieknie!!!!
Usuń na zawszeKocham takie historie i wynalazki.... sama kilka przeszłam:D i jest co wspominać:D:D:D:D
jak to zasiadłam do Wigilijnego stołu z zieloną łuną czy poświatą, bo mi koleżanka na stancji włos farbowała. a że żółte wyszły i leciałam do kiosku po modne tedy saszety, i że tylko "koniakowa" na stanie była, to nabyłam i zrobiłam, i mama się prawie w drzwiach przewaliła...
Więc wszystko wiem:)
Całuchny!
A właśnie tak myślę że etap eksperymentowania musi przejść większość z nas :))))))))))) zielone włosy , przynajmniej wpisały się kolorystycznie w święta :)))))))))) buziaki
Usuń na zawszeZdröwka zycze!!!1
OdpowiedzUsuń na zawszeJa tez jestem chora,ale troche inaczej... mialam zoperowana stope.
Milego wieczorku!
Zycze szybkiego powrotu do zdrowia:)
OdpowiedzUsuń na zawszeZdróweczka!
OdpowiedzUsuń na zawszeDziękuję Wam moje Drogie... właśnie cos po żołądku mi lata...
OdpowiedzUsuń na zawszekończy sie człek czy co?
Napisałaś świetny post! Z jednej strony obciążyłaś go egzystencjalnym bólem i cierpieniem, z drugiej wprowadziłaś element humoru... Efekt piorunujący - czytało mi się lekko i PRZYJEMNIE :)
OdpowiedzUsuń na zawszePS. ZDROWIEJ SZYBKO!!!
:))) Dzięki Kochana... kiedyś napiszę książkę, obiecuję.... bo nawet mój mąż mnie o to ściga:)
Usuń na zawszehahahhaha
całuchny!!!
czytam sobie, czytam na luziku, współczuje i wogóle a tu na koniec robota do wykonania....oj cięzko będzie ale może jakos podołam... caluchy pełne zdrowia przesyłam♥♥♥
OdpowiedzUsuń na zawszeNo ba ja Cie Justyś Kochom:*
Usuń na zawszemasz bardzo fajny styl pisania ;) przyjemnie się czyta Twoje notki. Życzę powrotu do zdrówka ;)
OdpowiedzUsuń na zawszeno Ty mi zdrowiej kochana bo ja na kawę dłużej już nie mogę czekać :( ale widzę,że w chorobie ci tyłek nosi jak mi hehehehe :)
OdpowiedzUsuń na zawszeSzybkiego powrotu do zdrowia!:-)
OdpowiedzUsuń na zawsze